Z ŻYCIA

 

Artykuł:

Pogrechutany ale wielki

MAREK GRECHUTA - artysta kochany przez emerytów i nastolatki - wydał właśnie pierwszą od dziesięciu lat nową płytę.

    Wiosną 2002 roku nastąpiła koronacja króla. Na uroczystej gali Marek Grechuta dostał Fryderyka za całokształt twórczości i 13-płytową reedycję swoich dzieł. Po statuetkę wyszedł schorowany człowiek, widziała to w telewizji cała Polska. Dostał owację na stojąco, jakiej nie było. Później grupa Myslovitz zaprosiła go, by z Arturem Rojkiem wykonał piosenkę "Kraków". Grechuta nic nie wiedział o Myslowitz. Nie interesuję się współczesną sceną muzyczną, z młodych artystów ceni Annę Marię Jopek. Posłuchał jednak nagrań, przeczytał tekst, zmienił parę akordów, zaaranżował po swojemu. Efekt: pierwsze miejsce na Liście Przebojów Trójki.
    Teraz wraca z własną nową płytą - "Niezwykłe miejsca", Opisuje w piosenkach piekarnię w podkrakowskiej Lanckoronie i operę w Sydney, bliski sercu Kazimierz i daleki Nowy Jork. Nic dziwnego - z wykształcenia jest architektem. - Gdy kończyłem studia, zorientowałem się, że moje wypieszczone modele to ułuda. To nie był czas dla architektów. Budowano wtedy z wielkiej szarej płyty wieżowce brzydkie, koślawe. Dlatego zwróciłem się do muzyki i poezji. Tu znalazłem ujście dla mojej kreatywności - opowiada mi Grechuta.
    Mówi powoli, starannie. Dobiera słowa, jakby pisał wiersz. Patrzy nieobecnym wzrokiem. Trudno zobaczyć w nim teraz bożka poetów i śpiewaków.

KTO PIERWSZY SZEDŁ PRZED SIEBIE?
KTO PIERWSZY CEL WYZNACZYŁ?

    Marek Grechuta. Drogę na muzyczny szczyt zaczął w Zamościu.
    Jest na płycie piosenka "Gdzieś na skraju mapy - Zamość": "Kwadrat dużego rynku zdobią kamienice / Fasady kamieniczek zdobią zaś podcienia / W cztery strony rynek przecinają ulice / I tak od czterech wieków nic się tu nie zmienia". Tam Marek od siódmego roku życia grał na fortepianie. W liceum recytował poezję (raz ponad pół godziny deklamował Kasprowicza na akademii). Założył zespół bigbitowy, na szkolnych zabawach śpiewał piosenki Elvisa Presleya i Paula Anki. Dokazywał.
    Grechuta: - Bardzo lubiłem jako młody chłopak grać w piłkę nożną. Każda ulica miała drużynę, my z Grodzkiej najczęściej graliśmy z Ormiańską. Raz wygrywaliśmy, czasem doszło do awantury.
    Dzieciństwo to też pobliski Kazimierz Dolny, dokąd jeździł z matką i siostrą. Na płycie: "Jak perła między wzgórzami - Kazimierz". W refrenie: "Kazimierzu nasz, ci zostawią serca, którym szczęście dasz".
    Grechuta: - Miałem szczęśliwe dzieciństwo. Choć moi rodzice rozwiedli się, gdy miałem 12 lat. Ale nie odebrałem tego jako wielkiego ciosu. Stało się.
    Ojciec wyprowadził się do Warszawy. A Marek po maturze pojechał na studia do Krakowa, dostał się na architekturę.

KTO PIERWSZY ZOSTAŁ PANEM?
KTO PIERWSZY ZOSTAŁ KRÓLEM?

    Grechuta królem piosenki i panem estrady został w królewskim Krakowie. Zajęło mu to cztery lata.
    Grechuta: - Na pierwszym, drugim roku myślałem, że zostanę architektem. Ciężko pracowałem. Do piątej rano nad książkami, a o siódmej trzeba się było zrywać na zajęcia. Na trzecim roku zrobiło się trochę spokojniej, miałem trochę czasu. Kupiłem raz bilet na recital Ewy Demarczuk do Teatru Kameralnego i się zachłysnąłem. Zachwyciło mnie, zdumiało: "Karuzela z madonnami", "Grand Valse Brillante"...
    W tym samym czasie do akademika, w którym mieszkał Grechuta, wstawiono pianino. Elvis z Zamościa zasiadł do instrumentu, otworzył tomik Juliana Tuwima i zaczął dobierać dźwięki do wiersza "Sen złotowłosej dziewczynki". Dosiadł się do niego Janek Pawluśkiewicz, zaczęli wspólnie aranżować utwór. Ta chwila była dla polskiej piosenki jak bomba z opóźnionym zapłonem. Powstał wtedy utwór "Pomarańcze i mandarynki", który otworzył Grechucie drzwi do sławy. Powstała spółka kompozytorsko-autorska o niepowtarzalnym stylu (te smyczki!) i zalążek zespołu Anawa, który w różny mutacjach towarzyszy Grechucie do dziś. Zrodziło się nowe podejście do śpiewania poezji: skupiony śpiewak (bo jak mawia Grechuta, publiczność też przyszła słuchać w skupieniu), a muzyka trochę jazzowa, a trochę klasyczna, kameralna.
    W roku 1967 bomba eksplodowała. Na występ nieznanego studenckiego kabaretu Anawa w małym studenckim klubie jego twórca Marek Grechuta zaprosił wielkich: Piotra Skrzyneckiego i Ewę Demarczyk z Piwnicy pod Baranami.
    Grechuta: - To był szalony pomysł. Piotr nie dotarł, pewnie wpadł do jakiejś kawiarenki. Ale Ewa, ku mojemu zdumieniu, przyszła. Widzę w trzecim rzędzie te czarne oczy. Jest ta Czarna Madonna! Myślałem że spadnę ze sceny. Po koncercie podeszła do mnie: "Panie Marku, bardzo mi się podobają pana piosenki, proszę tego stylu nie zmieniać".


Tajemniczy Grechuta
dla muzyków był jak bóg
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

    Niedługo potem w klubie Pod Jaszczurami odbywały się krakowskie eliminacje Festiwalu Piosenki Studenckiej. Jury nie chciało przepuścić Grechuty do finału. Na to Demarczyk, która przyszła tam z ciekawości, urządziła jurorom awanturę. Grechuta pojechał na warszawski finał. Wygrała Maryla Rodowicz, ale "Pomarańcze i mandarynki", "Serce" oraz "Tango Anawa" dały mu drugie miejsce. Narodziny gwiazdy o urodzie cherubinka i delikatnym wejrzeniu w telewizji zobaczyła cała Polska.
    W grudniu Demarczyk zaprosiła Grechutę z Anawą do Piwnicy pod Baranami. Te deski nobilitowały. Piotr Skrzynecki zażartował przy zapowiedzi: "Proszę państwa, ten występ nie wchodzi w cenę biletu". Ale po występie publiczność śmiała się, klaskała - i tak już miało zostać. W 1976 roku Grechuta na stałe związał się z Piwnicą i z Krakowem - Startując w 1967 roku na Festiwalu Piosenki Studenckiej, z niepokojem myślałem, czy coś osiągnę - mówi. - Bo wiedziałem, że jeśli tak, to zostanę obywatelem tego artystycznego Krakowa.

KTO PIERWSZY ZOSTAŁ KRÓLEM?
A KTO CHCIAŁ ZOSTAĆ BOGIEM?

    - Niezwykła osobowość. Mało mówił. Był tajemniczy, zamknięty w sobie. Dla nas był bogiem, dużo się przy nim nauczyłem - opowiada jeden z muzyków akompaniujących kiedyś Grechucie. A gdy w latach 80. dwa dni przed występem wypadł ze składu pianista i trzeba było ratować się poleconym przez kogoś nowym muzykiem - ten niemal z głowy potrafił zagrać wszystkie piosenki Grechuty.
    W 1970 roku wyszła debiutancka płyta "Marek Grechuta i Anawa". Połowa piosenek to do dziś znane hity. Muzykę napisali głównie Grechuta i Jan Kanty Pawluśkiewicz. Słowa to na ogół wiersze znanych poetów. Na przykład "Niepewność" z potocznym już "Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie" Mickiewicza. Część tekstów Grechuta napisał sam - na przykład "Będziesz moją panią" - do świeżo poślubionej żony Danuty, z którą szczęśliwie żyją do dziś.
W 1977 roku Grechuta wygrał prestiżowy festiwal w Opolu. Zaczęły się wojaże zagraniczne. "Wokół zaczarowany świat - Wenecja" to piosenka z nowej płyty. - Pierwszy raz byłem w Wenecji z Piwnicą pod Baranami - mówi artysta. - Ale niewiele zobaczyliśmy, bo przyszła olbrzymia mgła, wiatr od morza był siwy. Tak to zapamiętaliśmy i tak jest w piosence.
Najpiękniejsza budowla na świecie? Opera w Sydney. Marek Grechuta widział ją w 1989 roku. Teraz ułożył piosenkę: "Jakby wypłynął nagle - opera w Sydney". Grechuta: - Oszałamiająca budowla. Stanowi o oryginalności tego miasta, bo wieżowce są wszędzie takie same. A te żagle czy też muszle tworzące ten budynek niemal przylegają do morza. Architektura i przyroda są scalone w jedność.
W 1981 roku Grechuta wyjechał do Ameryki, pierwszy raz zobaczył Nowy Jork. Na "Niezwykłych miejscach": "Jak wielkie jabłko - Nowy Jork". Jabłko to symbol miasta, mówi się, że wykarmi każdego (jabłko i miasto).
Grechuta: - Myślałem, że śnię. Miasto żyło jednakowo w dzień i w nocy. O 4.30 rano chodziliśmy z Jonaszem Koftą po ulicach, puby i restauracje były pełne. Szedłem Piątą Aleją jak kanionem między wieżowcami. Manhattan to bajka. Kiedy byłem w Nowym Jorku ostatni raz w 2001 roku, organizator koncertu zrobił mi przyjemność, pojechaliśmy oglądać rozświetlony Manhattan z dwiema wieżami World Trade Center.
Na atak terrorystów Grechuta patrzy okiem architekta: "Straszna tragedia, która zniszczyła World Trade Center / Sprowadziła smutek do domów i na ulice / Gdy architekci projektują tysiąc pięter / Ja wolałbym w tym miejscu zobaczyć Sukiennice". I wyjaśnia: - Gdyby te budynki były niższe, toby mniej ludzi zginęło. Budowanie coraz wyższych budowli nie ma sensu. Architektura powinna być kameralna.

KTO PIERWSZY BYŁ CZŁOWIEKIEM?
KTO BĘDZIE NIM OSTATNI?

    Do Grechuty człowieka trudno dotrzeć. Jego żona Danuta wyjaśnia, że jest zmęczony śpiewaniem, że jeżdżąc po świecie, pięć razy "dachował" samochodem, że głos ma dziwny, bo nim pracował przez 35 lat. Artystyczny Kraków mówi jednak o chorobie artysty.
- Zaczęło się ze 20 lat temu - mówi człowiek z Piwnicy pod Baranami. - Marek ma na przemian okresy euforii i depresji. Kiedy daje koncert, nie wiadomo, czy będzie otwarty, czy zamknięty w sobie, bez kontaktu. Czy zaśpiewa, czy poprzestanie na melodeklamacji.
    Muzyk, który grał w Anawie przez kilkanaście lat, mówi, że Grechuta cierpi na stany lękowe: - Zaczęło się po wprowadzeniu stanu wojennego. 13 grudnia wracaliśmy taksówką z koncertu w Poznaniu, po drodze zatrzymywali nas milicjanci. Grechutę, który zaangażował się wcześniej po stronie Solidarności, pytali: "No, ale kto ty jesteś teraz? Już się skończyło". To przekroczyło próg jego wrażliwości.
    W latach 80. zaczęły się dramatyczne koncerty. Raz udawało się wspaniale. Innym razem Grechuta zasiadł do fortepianu i nic nie zagrał. Muzycy przeprosili publiczność i koncert odwołano. W Warszawie, bodajże w 1989 roku, kiedy artysta znów miał zły dzień, fani Grechuty wyklaskali go ze sceny. W latach 90. zaprzestał regularnych występów. Wydał tylko jedną płytę - "Dziesięć ważnych słów" (z utworami: "Ojczyzna", "Wolność", "Władza", "Prawo", "Praca", "Wiedza", "Solidarność", "Natura", "Sztuka" i "Miłość"). Zaszył się w prywatności, w wypieszczonym białym domku. Najbardziej lubi usiąść na kanapie i oglądać transmisje sportowe.
    Jest na nowej płycie piosenka "Góry me wysokie - Zakopane".
- Jeździ pan na nartach?
Marek Grechuta: - Teraz już nie.
Danuta Grechuta: - Opowiedz, jak w latach 70. uczyłeś się jeździć. Nasz mały Łukasz śmigał już całkiem nieźle, a ty chodziłeś tak koślawo w poprzek stoku.
    Ale o tym Marek Grechuta mówić nie chce.
    W 1999 roku o rodzinie Grechutów zrobiło się głośno. Ukochany syn Marka i Danuty Łukasz po studiach oświadczył rodzicom, że musi sobie przemyśleć życie - i zniknął na dwa lata z domu. Zrozpaczeni rodzice zgłosili się do programu "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie", zamieścili w prasie odręcznie napisany apel: "Łukasz, wróć do domu! Przysięgamy Ci na obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, że jak wrócisz, nic nie będzie wbrew Twojej woli". Po dwóch latach Łukasz wrócił z podróży (dotarł do Włoch), pracuje, mieszka w Krakowie.
    Marek Grechuta nie uważa, żeby przez to miał na nowej płycie zmęczony głos. W ogóle nie uważa, żeby miał zmęczony głos. Choć jego śpiew przypomina dziś melodeklamację, nuty nie płyną, urywają się raptownie. Głos jest niższy, chropawy. Tylko to ciepło, które uczyniło Grechutę bogiem zakochanych, pozostało.
W fanach nowa płyta Grechuty budzić będzie pewnie podobne wzruszenie jak słuchanie z trudem mówiącego Papieża.

Krzysztof Strzelecki
Śródtytuły pochodzą z piosenki Grechuty "Korowód" z tekstem Leszka A. Moczulskiego